Odwróciłam się do Magdy, która stała w drzwiach kuchni z filiżanką wystygłej już kawy. Widziałam, że chce coś powiedzieć, ale waha się, ugniatając brzeg ścierki w dłoniach. W końcu westchnęła i powiedziała cicho, że jutro rano jedzie do szpitala na kolejną kontrolę, i że może powinnam się zastanowić, czy chcę być na to gotowa. Wtedy odwróciłam się do Tomka.

Siedział przy stole w salonie, wpatrzony w ekran laptopa, ale widziałam, że nie pracuje, tylko udaje, że czyta. Między nami leżała otwarta koperta z pozwem o rozwód, a obok niej plik starych rachunków i biletów do kina. Wstałam i podeszłam do ławy, sięgnęłam po jeden z podpisanych egzemplarzy pozwu, złożyłam go na pół i wsunęłam do swojej teczki, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, poczułam, że muszę wyjść.
Wyniosłam się do przedpokoju, gdzie na szafce leżały drobiazgi, które chciałam zabrać: stare bilety, zaproszenie na ślub, wsówki do włosów i pożółkła papierowa serwetka. Włożyłam je do torby, a potem z powrotem weszłam do salonu, podeszłam do ławy i zabrałam jeszcze jedną rzecz – kopertę z pozwem, tę bez podpisu, jakby ta druga miała znaczenie. Tomek w końcu podniósł wzrok. Zapytał, dlaczego nie pojechałam do domu, do rodziców, skoro wszystko już postanowione.
Mówiłam do matki, do Magdy, do nikogo konkretnego, że nie mam zamiaru uciekać do nikogo, że to oni wszyscy zachowują się, jakbym to ja była winna. Pamiętam, że powiedziałam coś o tym, że to oni rzucają oskarżenia, że bronią go, bo jest chłopem, a ja mam być tą, która rozumie, że on ma swoje racje. Magda zaczęła mówić, że może przesadzam, że Tomek nie jest taki zły, że on tylko nie umie okazywać uczuć. Spojrzałam na nią i zapytałam, czy naprawdę w to wierzy, czy po prostu boi się, że jeśli stanę po swojej stronie, to ona zostanie sama z tym wszystkim.
Ona spuściła wzrok i powiedziała coś o tym, że rodzina to rodzina, że nie można tak po prostu wywracać wszystkiego do góry nogami z powodu jednego błędu. Kamil, mój szwagier, który do tej pory milczał, wtrącił się, że ojciec zawsze staje po stronie Tomka, bo tak ma, i że to nic nie znaczy, że tak po prostu jest. A potem dodał coś, co mnie zaskoczyło, że w sumie dziwi się, że w ogóle to wytrzymuję, bo on by dawno rzucił to wszystko w cholerę, gdyby jego żona traktowała go jak powietrze. Przez chwilę nikt nie mówił nic.
Potem Tomek wrzasnął, że mam przestać opowiadać bzdury, że on ma dość tego, że ciągle wracam do tematu, że to ja wymyślam problemy, że on normalnie pracuje, normalnie żyje, a ja tylko szukam dziury w całym. Mówił coś o tym, że to ja mam pretensje, że to ja rzucam oskarżenia, że to ja wywlekam stare sprawy, że on już nie wie, jak ma się bronić przed tym wszystkim. Wybuchnęłam śmiechem, bo to było takie absurdalne. To on unieważnił moją kartę główną, bo przekroczyłam limit na wspólnym koncie, które i tak było zadłużone po jego „delegacjach”, z których wracał z niczym.
To on zapomniał o moich urodzinach, bo był w trasie z kolegami, a kiedy wrócił, to nie był w stanie powiedzieć, gdzie właściwie był. To on w obecności teściowej mówił o mnie „ta od dziecka”, jakbym była sprzętem. Magda powiedziała coś w moją obronę, ale wtedy odezwała się teściowa, która cały czas siedziała w fotelu i udawała, że ogląda telewizję. Powiedziała, że Karolina zawsze była przewrażliwiona, że z nią też nie było łatwo, ale jakoś to przetrwała, że małżeństwo to nie jest zabawa, że trzeba umieć ustąpić, że Tomek to dobry syn, a skoro on mówi, że to moja wina, to pewnie coś w tym jest.
Popatrzyłam na nią i powiedziałam, że skoro tak uważa, to może to ona powinna z nim zostać. Że ja nie mam zamiaru udawać, że wszystko jest w porządku, że nie zamierzam przepraszać za to, że mam dość. Że nie jestem z tych, które znoszą wszystko w milczeniu, bo boją się, co powiedzą sąsiedzi. Że to oni wszyscy mogą sobie myśleć, co chcą, ale ja nie zostanę.
Kamil wstał i powiedział coś do ojca, który do tej pory milczał, wpatrzony w podłogę. Powiedział, żeby przestali, że to nie ich sprawa, że to między mną a Tomkiem, że nie powinniśmy się wtrącać. Ale ojciec wzruszył ramionami i mruknął, że on ma swoje zdanie, że zawsze wiedział, że to nie potrwa, że taki to już jest, że kobieta, która za dużo myśli, to nieszczęście. Wzięłam płaszcz z wieszaka.
Wiedziałam, że jeśli teraz wyjdę, to będzie koniec, że nie ma powrotu do tego, co było, że to nie jest kolejna awantura, po której się pogodzimy. Spojrzałam na Tomka, który siedział z zaciśniętą szczęką, i powiedziałam, że odchodzę, że nie chcę już tego słuchać, że on nie ma prawa mówić mi, co mam robić, skoro sam robi, co chce, i jeszcze ma pretensje, że nie jestem wobec niego lojalna. On wstał i rzucił coś o tym, że to ja jestem ta, która wszystko rujnuje, że to ja zostawiam dziecko, że to ja niszczę rodzinę. Zapytałam go, czy to ja wracałam do domu o świcie, czy to ja wyłączałam telefon, żeby nie odbierać od żony w ciąży, czy to ja przynosiłam do domu zapach cudzych perfum.
On otworzył usta, ale nie powiedział nic. Magda zasłoniła twarz dłońmi. Teściowa zaczęła mówić coś o tym, że nie powinnam tak mówić, że to nieprawda, że Tomek to zawsze był porządny chłopak, że to ta jego praca, te wyjazdy, że on musi być ciągle w rozjazdach, bo taki ma charakter, że nie można go zmieniać, że trzeba go brać takim, jaki jest. Spojrzałam na nią i powiedziałam, że właśnie to robię, biorę go takim, jaki jest, i że z tym nie umiem dłużej żyć.
Wyszłam do sypialni, wyjęłam z szafy walizkę i rzuciłam ją na łóżko. Zaczęłam wrzucać do niej ubrania, byle co, pomięte, bez składania. Tomek stanął w drzwiach i zapytał, czy naprawdę to robię, czy to przez te głupoty, o których ciągle mówię, bo jak tak, to on nawet nie wie, o co mi chodzi. Nie odwróciłam się, tylko powiedziałam, że właśnie o to chodzi, że on nie wie, nie pamięta, nie widzi i nie słyszy.
Zasunęłam walizkę do połowy, bo nie chciałam, żeby myślał, że się waham. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Magda stoi w korytarzu, oparta o ścianę, z założonymi rękami. Patrzyła na mnie tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała jak. W końcu powiedziała, że jeśli czegokolwiek potrzebuję, to mogę do niej zadzwonić, że ona to rozumie, nawet jeśli reszta nie rozumie, że czasem trzeba odejść, żeby nie zwariować.
Kamil spojrzał na ojca, potem na matkę, pokręcił głową i wyciągnął do mnie rękę. Powiedział, że gdybym potrzebowała pomocy przy przeprowadzce, to ma samochód i że zawsze mogę na niego liczyć, choćby nie wiem co. Tomek warknął, żebyśmy się zamknęli, że to on jest jej mężem, że nie potrzebuje, żeby rodzina sprzysięgała się przeciw niemu, że to nie jest jeszcze koniec, że to tylko taka moja kolejna histeria. Rzucił na ławę kluczyki do swojego auta i powiedział, że jak mam zamiar wyjść, to niech chociaż nie zabieram jego rzeczy, bo on nie będzie się za mną uganiał, jak za nastolatką.
Popatrzyłam na niego i poczułam coś dziwnego, bo nie było już złości, tylko zmęczenie. Wyjęłam z kieszeni jego kopię pozwu, położyłam obok kluczy i powiedziałam, żeby sobie to wziął, bo to już nie ma znaczenia. Wtedy odezwał się mój teść, który przez cały czas siedział nieruchomo. Powiedział do Tomka, że ma go dość, że on nie będzie patrzył, jak ten zaprzepaszcza wszystko przez własną głupotę, że on wie, co to znaczy stracić rodzinę, bo on sam to przerabiał, że to nie jest zabawa, że jak ona teraz wyjdzie, to on już jej nie zatrzyma, bo ona nie jest taka, jak jej matka, która wracała, bo nie miała dokąd pójść.
Tomek wyprostował się i zapytał, o czym on mówi, ale teść tylko machnął ręką i wyszedł do kuchni. Oparłam się o framugę i spojrzałam na Tomka. Widziałam, że on naprawdę nie rozumie, że on naprawdę nie wie, co się dzieje. Powiedziałam, że może kiedyś, może za kilka lat, to dotrze do niego, że nie chodziło o żadne perfumy czy wyjazdy, ale o to, że on zawsze stawiał siebie na pierwszym miejscu.
Wzięłam walizkę i przeszłam obok niego. Magda zrobiła krok w moją stronę i przytuliła mnie. Szepnęła, żebym na siebie uważała, że to wszystko nie jest tego warte, że ona wie, że ja zawsze byłaś za dobra na ten cały cyrk. Uśmiechnęłam się do niej z wysiłkiem i powiedziałam, że wszystko będzie dobrze, że po prostu muszę to zrobić dla siebie, nawet jeśli teraz nikt tego nie rozumie.
Zanim wyszłam z salonu, podeszłam jeszcze do ławy, wyjęłam z teczki kopertę z pozwem, tę podpisaną, i położyłam ją na samym wierzchu, tam gdzie Tomek na pewno ją zobaczy. Potem wyszłam z mieszkania na korytarz, nie oglądając się. Usłyszałam za sobą jego krzyk – coś o tym, że jak wyjdę, to mam nie wracać, że on nie będzie czekał, że on sobie znajdzie kogoś lepszego. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie o ścianę.
Przez chwilę stałam nieruchomo, poprawiając pasek torby na ramieniu. Potem wyciągnęłam telefon, napisałam wiadomość do Tomka, że wie, gdzie jestem, i że jak będzie chciał porozmawiać o tym, jak dzielić rzeczy, to niech się odezwie za kilka dni, nie wcześniej, bo teraz nie chcę go widzieć. Wcisnęłam wysłanie. Zjechałam windą na dół.
Na zewnątrz zapadał zmrok, latarnie już się paliły. Postawiłam walizkę na chodniku i wyjęłam telefon, żeby zadzwonić do jednej z koleżanek z biura, tej, która zawsze mówiła, że jakbym potrzebowała spokoju, to mogę na chwilę do niej przyjechać. Ale nie wybrałam numeru. Powiedziałam sobie, że od tego właśnie zaczęło się w tym domu – od tego, że zawsze uciekałam do kogoś, żeby nie słuchać tego, co się dzieje w środku.
Wsiadłam do auta, które stało pod blokiem, i wrzuciłam kluczyki do stacyjki. Przez chwilę siedziałam, patrząc na okna mieszkania na drugim piętrze. Widziałam, jak przesuwa się tam cień. Potem włączyłam silnik, wycofałam na ulicę i pojechałam przed siebie.
Wiedziałam, że to nie jest jeszcze koniec, że będą awantury, płacz, może nawet groźby. Ale pierwszy raz od dawna czułam, że to, co zrobiłam, jest jedyną słuszną rzeczą, jaką mogłam zrobić. Po kilkunastu dniach od tych wszystkich wydarzeń Tomek przyszedł na Mokotów, pod apartament, gdzie się zatrzymałam u koleżanki. Stał pod domem, dzwonił domofonem, ale nie podniosłam słuchawki.
Wiedziałam, że to on. Napisał do mnie wiadomość, że przemyślał sprawę, że chce porozmawiać, że może to on przesadził, że może faktycznie za dużo pracował, że go nie było, że mu przykro. Przeczytałam wiadomość i schowałam telefon. Kiedy wróciłam wieczorem, powiedziałam Magdzie, że on był pod domem.
Spojrzała na mnie i zapytała, czy wpuściłam go. Pokręciłam głową. Powiedziała, że dobrze, że nie uległam, że on musi wiedzieć, że nie można tak po prostu przyjść i udawać, że nic się nie stało. A ja odpowiedziałam, że wczoraj złożyłam wniosek o rozwód przez internet, że już nawet nie muszę iść do sądu, że to wszystko da się załatwić przez pełnomocnika, bo nie mamy żadnego wspólnego majątku, tylko długi.
Milczała przez chwilę, potem zapytała, czy jestem pewna, czy to na pewno to, czego chcę. Powiedziałam, że to nie jest kwestia tego, czy chcę, tylko tego, czy potrafię jeszcze spojrzeć sobie w oczy. To ona pierwsza sięgnęła po telefon, żeby zadzwonić do Tomka i powiedzieć mu, żeby dał mi spokój, żeby nie nachodził, że podpiszę mu wszystko, czego potrzebuje, byle tylko dał mi skończyć to w spokoju. Później wieczorem przyszedł jeszcze Kamil, z butelką wina.
Usiadł naprzeciwko mnie i powiedział, że nie powinienem był tego robić, ale że skoro już to zrobiłem, to trudno, trzeba iść do przodu. Zapytał, czy potrzebuję pomocy przy wynajmie mieszkania, bo on zna kogoś, kto wynajmuje małą kawalerkę na Saskiej Kępie, niedrogo i w dobrym stanie. Zsunęłam się z kanapy na podłogę i rozpłakałam się pierwszy raz od tamtego wyjścia, bo to był pierwszy gest, który nie oskarżał ani nie bronił nikogo, tylko po prostu był dla mnie. Tak skończyło się to mieszkanie, ta ława, te wszystkie kłótnie.
Czasem myślę, że gdybym wtedy nie wyszła, to nadal tkwiłabym tam, patrząc na niego, jak udaje, że nic się nie stało, i szukałabym w nim tego, czego nigdy tam nie było. Ale teraz to już nie ma znaczenia. Znaczenia ma to, że gdy rano wychodzę ze swojego nowego, małego mieszkania, to nikt nie mówi mi, że powinnam być wdzięczna za to, że ktoś mnie toleruje.