Żenię się w przyszłym tygodniu, a rodzina narzeczonej chce, żebyśmy mieli porządne miejsce do życia. Tak powiedział Jarek pewnego wieczoru, kiedy wszyscy siedzieliśmy w salonie, a ja ledwo zdążyłam zamknąć za sobą drzwi do domu. Siedziałam naprzeciwko niego, obok pani Zofii, mojej teściowej, i czułam, jak jej dłonie drżą na oparciu krzesła. Jarek mówił dalej, a każde jego słowo było jak kamień wrzucany do spokojnej wody.

Ten dom należy do Kowalskich, a nie do twoich rodziców. Powiedziałam cicho, ale wystarczająco wyraźnie. A co do Marcina? On ma prawo wiedzieć, co się dzieje z domem, w którym dorastał.
Jarek wciąż stał z czerwoną twarzą, zaciśniętymi pięściami, jakby chciał rzucić się do ataku. Ale nie zaatakował. Obrócił się tylko na pięcie i wyszedł na podwórko, trzaskając drzwiami tak mocno, że szyby w kredensie zadzwoniły. Została po nim cisza, w której słychać było jedynie przyśpieszony oddech pani Zofii.
Ona też milczała, ale wiedziałam, że za chwilę coś powie. Nie tak miało być. Szepnęła niemal do siebie. Ten dom zawsze należał do nas.
Pani Zofia nie zawsze tak mówiła. Trzydzieści lat wcześniej, kiedy Marcin i Jarek byli jeszcze chłopcami, ich ojciec umarł nagle. Zatrzymało się wtedy serce całej rodziny. Pan Adam, stary znajomy ojca Marcina, widząc chłopca siedzącego samotnie w kącie podwórka, tulącego stary tornister i niezdolnego do płaczu, ulitował się i zabrał go do domu.
Tym chłopcem był Marcin. Nie miał wtedy więcej niż czternaście lat. Pani Zofia, świeżo owdowiała, pozwoliła wziąć się za rękę i zaprowadzić do obcych ludzi, bo sama nie potrafiła już nic więcej. Wzięła tylko ze sobą kilka drobiazgów, resztę zostawiając losowi.
Przez lata wychowywała samotnie synów. Nie było łatwo. Chodziła do pracy na drugą zmianę, wracała późno, a gdy wracała, zawsze pytała, czy Jarek jadł obiad, czy Marcin odrobił lekcje. Ale jeśli na obiedzie było coś pysznego, pierwsza porcja zawsze trafiała do Jarka.
Nie z rozpieszczania. Z poczucia winy. Bo to Jarek był tym młodszym, tym bardziej kruchem, tym, który nigdy nie poznał ojca, a którego rozpieszczanie wydawało się jej jedynym sposobem na wypełnienie luki po zmarłym mężu. Marcin widział to wszystko i nigdy się nie skarżył.
Grzeczny, cichy chłopiec, który uczył się za wszystkich, chodził do lekarza z bratem, gdy ten chorował, kupował leki, zapisując każdą dawkę w małym notatniku, który zawsze nosił w kieszeni kurtki. Był starszy tylko o kilka lat, ale zachowywał się, jakby to on był głową rodziny. Potem Marcin poznał mnie. I choć kochałam go za spokój i dobroć, zauważyłam, że coś jest nie tak.
Kiedy zaczęliśmy chodzić ze sobą, pani Zofia często dzwoniła do nas, zawsze z tą samą prośbą. Zaopiekuj się bratem. Wpadnij po niego, Martwi się. A gdy braliśmy ślub, to nie była duża uroczystość.
Rodzice Marcina nie mieli pieniędzy, a moja rodzina nie miała ich wcale. Ale pani Zofia obiecała jedno: ten dom, ten stary dom na wsi, należeć będzie do was, kiedy mnie zabraknie. I że to będzie nasz zabezpieczenie na przyszłość. Wierzyłam w to, bo chciałam wierzyć.
Bo to była jedna z nielicznych obietnic, które dawała z czystym sumieniem. Jarek natomiast nigdy nie obiecywał niczego. Zawsze tylko brał. Kiedy pierwszy raz przyprowadził Karolinę do domu, pani Zofia była taka szczęśliwa, że sama poszła na targ kupić kurczaka i ryby, a nawet zadzwoniła do krewnych, żeby pochwalić się synem i jego piękną dziewczyną.
Wszystko było idealne, dopóki nie przyszli goście. Jarek zaprosił kolegów, których nikt nie znał. Siedzieli w salonie do późnej nocy, pili, krzyczeli, a dym papierosowy unosił się aż do schodów, wsiąkając w świeżo wyprane przeze mnie zasłony. Nie skarciłaś go?
Zapytałam panią Zofię, gdy tylko wróciła z kuchni. A ona tylko wzruszyła ramionami. To jego dom. Nie mogę mu przeszkadzać.
Nie odezwałam się wtedy. Ale słowa utknęły mi w gardle jak ość. Od dnia, w którym dowiedziałam się o planach Jarka wobec domu, pani Zofia zmieniła się nie do poznania. Stała się nerwowa, rozdrażniona.
Nie przywiązuj się do ładnego pokoju, jakby był twój własny. Powiedziała mi kiedyś, gdy zastała mnie przesuwającą meble w sypialni. A gdy zapytałam, co ma na myśli, uciekła wzrokiem w stronę okna i dodała cicho: Nie można zmuszać jednej osoby do poświęcania się za czyjąś nieodpowiedzialność. Nie zrozumiałam wtedy, do czego to zmierza.
Dopiero później, gdy Marcin usiadł naprzeciwko mnie i powiedział, że Jarek jeszcze tego lata zamierza przepisać dom na siebie i swoją przyszłą żonę, wszystko zaczęło nabierać sensu. Ale skoro dom należy do ojca, to jak? Nie jest w stanie sprzedać czegoś, co nie należy do niego. Marcin pokręcił głową, a w jego oczach pojawił się cień, którego wcześniej nie widziałam.
Bo nie chodzi o sprzedaż. Chodzi o testament. I o to, że matka przez cały czas go okłamywała. Okazało się, że pani Zofia przez lata zmieniała zapisy w dokumentach, przekonywała Jarka, że to on jest spadkobiercą, że dom należy do niego, że Jej pierworodny syn jest tylko intruzem, który chce jej ukraść majątek.
Gdy Marcin to usłyszał, po raz pierwszy od dawna zamilkł. A ja poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Mój mąż nie powiedział ani słowa. Wstał, podszedł do półki pod telewizorem i wyjął coś z szuflady.
Mały, czarny pendrive. Włożył go do telewizora, a potem odwrócił się i spojrzał prosto na matkę. Usłyszysz to sama. Powiedział spokojnie.
Folder nazywał się bardzo prosto: „Słowa ojca”. Otworzył nagranie. To był mój teść, umierający mężczyzna, który zdążył coś nagrać przed śmiercią. Jego głos, cichy i zniszczony chorobą, ale wciąż jasny.
„Ten dom jest dla mojej żony, dopóki żyje. Ale nigdy nie ma go sprzedać bez zgody moich synów. A jeśli kiedykolwiek staną się wobec siebie źli, chcę, żeby pamiętali, że obaj jesteście moimi synami, a dom to tylko środek. Nie cel.
Nie pozwólcie, by kłamstwo weszło do waszej rodziny”. Pani Zofia siedziała bez ruchu, a jej twarz zrobiła się popielata. Słuchała nagrania do końca, a potem spuściła wzrok. Spojrzała na Marcina, potem na Jarka, który właśnie wrócił do pokoju, z karoliną u boku.
Matka, co to jest? Zapytał miękko, ale w jego głosie nie było już tej pewności. Pani Zofia milczała przez długą chwilę. Potem odwróciła się do nas i powiedziała cicho: „Nie wiedziałam, że nagrał to.
Myślałam, że to tylko list. ” A ja zapytałam: A co z tym, że dom należy do ciebie? Ona pokręciła głową. „Należy do was.
Zawsze należał”. Słysząc to, Marcin westchnął, przecierając twarz dłońmi. Ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, do drzwi zapukali sąsiedzi. Pani sąsiadka, którą znałam z widzenia, weszła do środka bez pytania.
A wraz z nią dwie inne osoby. Kobieta, którą później okazała się matka Karoliny, zatrzymała się na progu. Oczy miała czerwone, a w ręku ściskała torebkę, jakby to była broń. Chcę zobaczyć dokumenty.
Powiedziała ostro. I chcę zobaczyć akt własności. Jarek skoczył w jej stronę. To nie twój interes, co się dzieje w moim domu.
Warknął. Ale matka Karoliny nie cofnęła się nawet o krok. Twój dom? A może własnością jest tylko ten, kto udaje, że ma prawo?
Zdziczałeś przez te pieniądze, Jarek. Matka Karoliny pociągnęła córkę do tyłu, a dziewczyna wybuchnęła płaczem. Odwróciła się do Jarka i powiedziała łamiącym się głosem: Jestem w ciąży. Powiedziałeś, że mamy dom, że nie będę musiała martwić się o nic.
Ale nie chcę, żeby moje dziecko rodziło się w domu pełnym kłamstw. Jarek próbował ją przytulić, ale ona cofnęła się przed nim, a w jej oczach stanęły łzy. Widząc to, pani Zofia wstała, podeszła do syna i spojrzała mu prosto w oczy. Oto, co zrobiłeś.
Powiedziała cicho. I to jest twoje dziedzictwo. Przez cały ten czas próbowałam cię chronić. Ale ty nigdy nie chciałeś być chroniony, ty chciałeś tylko rządzić.
Jarek zamilkł, nie wiedząc, co powiedzieć. A wtedy Marcin podszedł do stołu, wyjął z kieszeni kartkę, rozłożył ją. To był odpis testamentu ojca. I notarialne pełnomocnictwo, które nigdy nie zostało podpisane.
Pani Zofia patrzyła na to, a potem odwróciła głowę. Ale dlaczego? Zapytała cicho, a w jej głosie była dziwna mieszanka bólu i zrozumienia. Bo chciałaś, żeby to był twój dom.
Powiedziałam, wstając. I uwierzyłaś, że jeśli syn dostanie coś od ciebie, to zajmie się tobą. Ale syn cię nie kocha. Kocha tylko to, co mu dajesz.
Jarek odwrócił się do matki, a jego oczy zwęziły się. A co z tobą? Warknął. Ty również kłamałaś.
Matka nic nie odpowiedziała. Podniosła rękę do czoła i zamknęa oczy. A potem, ku mojemu zdziwieniu, zaczęła płakać. Pierwszy raz od trzydziestu lat widziałam, jak płacze.
To nie było ciche łkanie ani oburzenie. To był płacz kobiety, która właśnie zrozumiała, że przez całe swoje życie wybrała złego syna, a teraz zostało jej już tylko dwóch. Trzy dni później pani Zofia zadzwoniła do Jarka i Karoliny, zapraszając ich na kolację. Tym razem nikt nie przyniósł alkoholu, a na stole zamiast jego ulubionego schabowego pojawił się kurczak, który przyrządziłam ja, bo pani Zofia powiedziała, że nie chce gotować.
Przy obiedzie Jarek milczał. Karolina w milczeniu odsuwała jedzenie, patrząc w talerz. W końcu matka Jarka wzięła głęboki oddech i położyła na stole kopertę. I tu jest dokument.
Powiedziała. Twoje pełnomocnictwo do sprzedaży domu. Jest wypełnione, ale nie zostało podpisane. Bo nigdy nie miało zostać podpisane.
Ty tylko myślałeś, że to zrobiłeś. Jarek otworzył usta, ale matka go zatrzymała ruchem dłoni. Nie przerywaj, bo za długo słuchałam twoich obietnic. Dom należy do Marcina.
Zawsze należał. Ty i twoja narzeczona musicie znaleźć sobie coś na własną rękę. Za tydzień ma się wyprowadzić twoja matka i twoja bratowa. Starczy już kłamstw.
Patrzyłam na nią, a serce biło mi jak młot. To nie był gest zemsty. To było wyrównanie rachunków. Jarek siedział jak sparaliżowany, a jego twarz zrobiła się biała jak ściana.
Odwrócił się do Karoliny, szukając u niej poparcia, ale ona wstała od stołu, wyprostowała się i powiedziała do pani Zofii: Jestem w ciąży. I nie chcę, żeby moje dziecko dorastało w domu, w którym matka kłamie. Odwróciła się i wyszła z pokoju, a za nią, po chwili wahania, poszedł Jarek. Ale w progu stanął, obrócił się do mnie i Marcina.
To jeszcze nie koniec. Powiedział cicho, ale jego głos drżał. Znam wasze sekrety. I znajdę sposób, żeby ten dom był mój.
Marcin nie odpowiedział. Wstał, podszedł do szafki w przedpokoju, wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił. Halo? Tak.
Adwokacie Nowak. Tak. Potrzebuję pana w domu natychmiast. W ciągu godziny adwokat Nowak, z prawdziwymi dokumentami pod pachą, siedział naprzeciwko nas.
Przywiózł również przewodniczącego wspólnoty mieszkaniowej i policjanta w cywilu. Pani Zofia zdziwiona, zapytała, co się dzieje. Marcin wskazał krzesło, a potem usiadł obok mnie. Chcę, żeby to, co zostanie powiedziane, było oficjalne.
Powiedział. Panie Nowaku, proszę odczytać pani Zofii treść pełnomocnictwa i akt własności. Adwokat Nowak skinął głową, rozłożył dokumenty na stole i zaczął czytać na głos. Akt notarialny z dnia…
odnoszący się do prawa własności nieruchomości, w domu jednorodzinnym, zabudowanym po dawnym majątku rodzinnym. Pani Zofia słuchała, a jej twarz stopniowo traciła resztki nadziei. A kiedy policjant skinął głową, Marcin wskazał drzwi. Jarek stoi na zewnątrz z walizkami.
Jeżeli nie opuści posesji dobrowolnie, to znajdzie się na niej pobytem, a ja złoże zawiadomienie o naruszeniu miru domowego. Jarek, który stał w drzwiach i słyszał wszystko, spróbował zaprotestować, ale matka odwróciła się do niego, a jej głos był cichy, ale twardy jak żelazo. Jarku, to nie jest już twój dom. Rozumiesz?
Dom należy do twojego brata. Zrobiłeś wszystko, żeby go odebrać, a ja pozwoliłam ci wierzyć, że masz do tego prawo. To koniec. Teraz wynoś się.
Widząc, że to naprawdę koniec, Jarek złapał Karolinę za ramię i chciał ją wyprowadzić, ale ona uwolniła się i odwróciła do niego. Nie idę z tobą. Powiedziała cicho. Nigdy nie chciałam, żeby to tak wyglądało.
Ale nie chcę też mieć z tobą dziecka w chwili, gdy nie masz nawet własnego kąta. Odwróciła się i podeszła do matki, która wciąż stała w drzwiach. Matka Karoliny wzięła ją za rękę i poprowadziła w stronę wyjścia. Jarek został sam pośrodku pokoju, czerwony ze złości.
Wycelował palcem w brata. Zniszczyłeś mi życie. Ty i twoja żona. Wszystko, co robię, robię dlatego, że nigdy nie miałeś.
Nie masz pojęcia, jakie to uczucie. Marcin patrzył na niego spokojnie, bez gniewu, ale i bez litości. Nie, nie mam pojęcia. Powiedział.
Bo ja zawsze wiedziałem, kim jestem, i nigdy nie potrzebowałem, żeby dom to udowadniał. Tamtego wieczoru, kiedy po wyjściu policji i adwokata wróciłam do kuchni, Marcin siedział sam przy stole. Nie płakał, ale widziałam, że to, co się stało, pozbawiło go cząstki sił. Podszedłem do niego i położyłam dłoń na jego ramieniu.
Musimy załatwić formalności z domem. Powiedziałam cicho. A on skinął głową, wstał, wziął mnie za rękę i poprowadził do sypialni. Przed snem odwróciłam się jeszcze w stronę pokoju, który przez tyle lat dzieliliśmy z Jarkiem.
A potem wyłączyłam światło. Pani Zofia nie odeszła od razu. Została kilka dni, większość czasu milcząc, krzątając się po kuchni, jakby chciała cofnąć czas. Ale któregoś ranka usłyszałam, jak dzwoni do swojego adwokata, a potem do Marcina.
Spojrzała na mnie, a potem na syna. Wiem, że zawaliłam sprawę. Powiedziała cicho. Chcę naprawić to, co jeszcze mogę.
Mogę was opuścić. Przeprowadzam się do pani Teresy, mojej siostry na wsi. Dom będzie wasz. nie mam do niego żadnych roszczeń.
Marcin podszedł do niej, objął ją, a potem długo trzymał w uścisku. Matka. Powiedział cicho. Masz prawo zostać.
Ale już nigdy więcej nie pozwolę, żeby ktoś tobą sterował. Pani Zofia odwróciła się i wyta ra twarz, a ja nie znałem jej, by płakała, ale teraz to, co zobaczyłem, było bólem. Później, kiedy zostaliśmy sami, Marcin powiedział do mnie cicho: Wiem, że to nie jest koniec. Jarek nie odpuści.
A ja pokiwałam głową, czując w sercu znajomy ciężar. Tego wieczoru zadzwoniłam do Karoliny, aby zapytać, jak się czujesz. Była zmęczona, ale w jej głosie było spokój, którego wcześniej w niej nie słyszałam. Dziękuję.
Powiedziała. Dziękuję, że jej nie zostawiliście. I przepraszam za wszystkie te straszne słowa. Ja odpowiedziałam, że nie ma za co przepraszać.
I że mimo wszystko wierzę, że kiedyś będzie dobrze. A co do Jarka? Był taki, jakim go zawsze wychowano. Matka widziała już, że sama stworzyła sobie problem.
Jarek przysłał sms do matki, grożąc sądem, ale pani Zofia napisała tylko: „Rób, co chcesz. Ja kończę z tym, dopóki mam jeszcze siłę”. Potem przyszło do mnie powiadomienie: kancelaria prawna poinformowała, że pani Zofia otrzymała pismo o wpisanie do księgi wieczystej prostej hipoteki na rzecz pani Zofii, gdyby kiedykolwiek została bez dachu nad głową. Marcin podpisał to bez wahania.
Potem odwrócił się do mnie i zapytał: Czy żałujesz? Że weszłaś w moją rodzinę? Poczułam ucisk w gardle. Nie.
Powiedziałam. To jest właśnie ta rodzina, którą będę miała. W niedzielę po południu, kilka tygodni później, pani Zofia zaprosiła nas na obiad. Była z nią Karolina, jak zawsze sama.
Usiadłyśmy w ogrodzie, wśród starych jabłoni, które pamiętały lata dzieciństwa Marcina. Przed wyjazdem pani Zofia położyła na stole starą, drewnianą szkatułkę. W środku znajdowały się czarno-białe zdjęcia. To wasz ojciec.
Powiedziała, wskazując mojemu mężowi zdjęcie, na którym stał mężczyzna w średnim wieku, z bujnymi wąsami, trzymający na rękach małego chłopca. Marcin wziął to zdjęcie, spojrzał na nie, a potem na matkę. Zawsze myślałem, że byłeś zawiedziony. Powiedziała cicho.
Myliłam się. Była to jedna z nielicznych rzeczy, co do których się myliłam. Marcin nie odpowiedział. Przytulił ją mocno i szepnął: Dziękuję, że dałaś mi brata.
Pani Zofia pokiwała głową i odwróciła się, kierując wzrok w stronę domu. Dom zostawiam wam. Powiedziała cicho. Tylko obiecajcie, że dzieci będą się w nim wychowywały w prawdzie.
Żadnych kłamstw. Odwróciła się do Karoliny. A ty będziesz dla nich dobra. Bo oni będą tego potrzebowali.
Tej nocy, już w łóżku, Marcin leżał obok mnie, wpatrując się w sufit. Wiesz, że nie wiem, gdzie on teraz jest. Powiedział cicho. Ale wiem, że zrobił to, co mógł.
Ja też przewróciłam się na bok. Tak wiele rzeczy mogliśmy zrobić inaczej. Ale jakoś się trzymamy. Położyłam dłoń na jego dłoni.
I to jest najważniejsze. Dwa dni później, gdy wróciłam do domu po wizytę u dentysty, sąsiadka zaczepiła mnie w bramie. Był tu ktoś, pytał o pannę, ale chyba nie była z okolicy. Przedstawiła się jako matka Jarka.
Ale to nie była pani Zofia. To była kobieta, którą znałam z widzenia: ta, która była w tym domu tamtego wieczoru, gdy wszystko się posypało. Zatrzymałam się z sercem bijącym jak młot. Pani Krystyna?
Chodź pani, napiję się pani kawy. Usiadłyśmy w kuchni, ona trzymała filiżankę w drżących dłoniach. Przepraszam za to, co ci zrobiłam. Zaczęła.
Wiem, że nie masz powodu, żeby mi wybaczyć. Ale musisz wiedzieć, że ja też myślałam, że robię to dla syna. Że biorę dla niego to, co mu się należy. Myliłam się.
Spojrzała na mnie, a ja zobaczyłam w jej oczach żal. Nie oczekuję, że wybaczycie mi od razu. Ale chcę, żebyś wiedziała – Jarek wrócił do swojego pokoju i trzeba było go stamtąd zabierać. Wynajął coś w mieście, ale nie ma pieniędzy nawet na czynsz.
Potem wyciągnęła kopertę. To jest akt darowizny. Zrzekłam się wszelkich przyszłych roszczeń. Ani ja, ani żaden mój spadkobierca nie upomni się o ten dom.
Zatrzymajcie to. Zatrzymajcie to raz na zawsze. Jej głos drgnął, a ja wzięłam od niej kopertę, nie pytając, skąd ją ma. Chociaż musiałam to zrobić.
Ona wstała, odwracając się w drzwiach. I powiedzcie panu Marcinowi, że jego ojciec by tego chciał. Żebyście się trzymali razem. I to wszystko, co chciałam wam zostawić.
Takich rzeczy nie da się naprawić za pomocą słów. Zostawiła na stole kluczyki do bramy. Wieczorem, kiedy Marcin wrócił z pracy, położyłam przed nim akt darowizny. Przez długą chwilę patrzył na dokument, a potu wziął go, podszedł do kominka i włożył go w ogień.
Spalił kopertę wraz z nią. Potem odwrócił się do mnie. Skończone. Powiedział.
Nigdy więcej o tym nie rozmawiamy. I tak właśnie zrobiliśmy. Pół roku później w naszym domu pojawiło się nowe życie. Urodziła nam się córka.
Nazwaliśmy ją Zofia, na cześć mojej teściowej, która wciąż czasem odwiedzała nas w niedzielę. Karolina też czasami przyjeżdżała – w końcu spotkała kogoś nowego, urodziła zdrowego chłopca i chciała, żeby wszystko było normalnie. Jarek nie odezwał się do nas od tamtego dnia, choć czasami widuję go w sklepie w mieście, jak przystaje na chwilę przed witryną z narzędziami, których prawdopodobnie nie kupi. Nie czuję do niego złości, tylko mam trochę smutku w sercu.
Ale to jest życie. Takie, które musiało się rozstrzygnąć. Dom stoi i trzyma się dobrze. Pani Zofia mieszka blisko, w małym mieszkaniu wraz z siostrą, i codziennie rano przychodzi do nas na śniadanie.
Nigdy nie rozmawiamy o Jarku. Czasem, gdy widzi mnie, karmiącą córkę w ogrodzie, w jej oczach widzę łzy, ale szybko je ociera. To dobre życie. Wystarczająco dobre.
Jeszcze tego samego wieczora, gdy odwiedziła nas matka Jarka, siedząc z nami przy herbacie, odezwała się niespodziewanie. Powiedz mi, Anno, jak myślisz, co by zrobił twój ojciec? Spojrzałam na nią ze zdziwieniem, ale zrozumiałam. Stanąłby w obronie rodziny.
Powiedziałam. Zrobiłby to, co zrobił Marcin. Skinęła głową. Tak myślałam.
Jestem z was dumna. A po chwili dodała cicho: Zawsze staram się wierzyć, że ludzie potrafią się zmienić. I czasami mają rację. Może po prostu przez lata patrzyłam na właściwych ludzi, nie widząc tego.
Wstała, przeszła przez pokój i wyjrzała przez okno na mojego męża, który bawił się z córką w ogrodzie. Macie moją wdzięczność za to, że nie pozwoliliście mu stanąć wam na drodze. Bo to, co wy macie, to jest rodzinne. I to jest coś, czego on nigdy nie zrozumie, dopóki sam tego nie stworzy.
W milczeniu odstawiłam filiżankę, patrząc, jak moja córka śmieje się w ramionach ojca. Odwróciłam się do Krystyny. Ma pani rację. Powiedziałam.
Niektórzy nigdy się nie nauczą. I po raz pierwszy nie powiedziałam tego ze złością, ale z żalem. Bo wiem, że gdziekolwiek jest Jarek, wciąż czegoś szuka. Może w końcu to znajdzie.
Może nie. Dla nas historia zakończyła się tamtego dnia, gdy podarł akt, a my zostaliśmy sobą. I to jest nasze dobre zakończenie.