W poniedziałek rano zwykły SMS od mamy Kamila zmienił wszystko. „Wpadnę dziś wieczorem, uprzedzam wcześniej”. Siedziałam przy kuchennym stole z paragonami rozłożonymi obok cukiernicy, gdy Kamil…

W poniedziałek rano zwykły SMS od mamy Kamila zmienił wszystko. „Wpadnę dziś wieczorem, uprzedzam wcześniej". Siedziałam przy kuchennym stole z paragonami rozłożonymi obok cukiernicy, gdy Kamil...

Marta przyjęła propozycję osobnego budżetu z takim spokojem, jakby Kamil zaproponował tylko zmianę proszku do prania. Siedziała przy kuchennym stole, patrzyła na jego laptop i nie powiedziała ani jednego ostrego słowa. Dopiero tydzień później, z długopisem w dłoni i paragonami rozłożonymi obok cukiernicy, zaczęła liczyć tak dokładnie, że Kamilowi miało zabraknąć odpowiedzi. Zaczęło się zwyczajnie, od krótkiej wiadomości w środku pracy.

Thumbnail

Marta właśnie zamykała arkusz z raportami, gdy telefon zawibrował. Mama wpadnie dziś wieczorem. Uprzedzam wcześniej. Kamil dodał uśmiechniętą buźkę, jakby to miało złagodzić sprawę.

Marta odpisała tylko: Dobrze. Ani o której, ani czy coś przygotować. Przez trzy lata małżeństwa nauczyła się, że im mniej słów przed wizytą Grażyny, tym mniej później żalu. Grażyna przyjeżdżała mniej więcej raz w miesiącu.

Nie wpadała na herbatę. Przyjeżdżała obejrzeć mieszkanie syna i synową, z miną kogoś, kto przez całe życie pracował w komisji przyznającej punkty za prowadzenie domu. Nie mówiła wprost: masz kurz na półce. To byłoby prostsze.

Grażyna zdejmowała buty, ustawiała je równo przy ścianie, a potem wzrok powoli przesuwał się po wieszakach, parapetach, kuchennym blacie. Dotykała palcem listwy przy szafce, zerkała pod stół, poprawiała firankę. Dopiero po chwili mówiła niby łagodnie: No ważne, że wam tak wygodnie. Na początku Marta bardzo się starała.

Przed pierwszą wizytą umyła nawet górę szafek, choć musiała wejść na krzesło i uważać, żeby nie zahaczyć głową o lampę. Ugotowała rosół, upiekła sernik, kupiła lepszą kawę. Grażyna zjadła wszystko, a potem, przechodząc obok regału, przeciągnęła palcem po półce z książkami. Marta, ja ci tylko powiem, bo młodzi czasem nie widzą.

Kurz lubi się chować tam, gdzie człowiek myśli, że go nie ma. Kamil zaśmiał się niezręcznie i powiedział: Mamo, daj spokój. Ale zapamiętała nie jego obronę, tylko to, że po wyjściu matki sam spojrzał na tę półkę, krótko, odruchowo, jakby sprawdzał. Pierwsze dwa lata były naprawdę spokojne.

Wynajmowali małą kawalerkę na obrzeżach Warszawy. Trzydzieści pięć metrów, pokój, kuchnia z oknem na podwórko, łazienka połączona z toaletą. Czynsz był nieduży jak na Warszawę. Właścicielka mieszkała pod Radomiem, nie dopytywała o firanki.

Marta pracowała jako księgowa, zarabiała pięć tysięcy. Kamil był logistykiem, zarabiał siedem. Pieniądze mieli wspólne. Nie rozliczali się z każdej złotówki.

Ona mogła kupić pomadkę, on szedł czasem z kolegami na piwo. Żyli skromnie, ale bez przepraszania za każdy paragon. Wszystko zmieniło się rok temu. Kamil wrócił z pracy tak podekscytowany, że nie zdjął nawet kurtki.

Martuś, słuchaj, tylko od razu nie mów nie. Szef sprzedaje mieszkanie. Dwupokojowe w nowym bloku na południu Warszawy. Sześćdziesiąt dwa metry, świeży remont.

Normalnie chce pięćset dwadzieścia tysięcy, ale dla mnie zgodzi się na pięćset. Wkład własny mamy prawie odłożony. Kredyt na dwadzieścia lat, rata cztery tysiące dwieście. Dużo, wiem, ale damy radę.

Za to swoje, rozumiesz? Marta w głowie zaczęła liczyć. Z dwunastu tysięcy wspólnego dochodu zostanie niewiele. Ale zobaczyła też chłopaka z małej kuchni, który nagle poczuł, że ktoś potraktował go poważnie, i skinęła głową.

Dobrze, spróbujmy. Kamil uśmiechnął się tak szeroko, jak dawno nie widziała. Śmiali się oboje, nie wiedząc jeszcze, ile waży słowo własne, kiedy bank co miesiąc przypomina, że ma do tego mieszkania swoje prawa. Pierwszy miesiąc był jasny, prawie świąteczny.

W nowym bloku pachniało farbą i świeżymi panelami. Marta chodziła boso po gładkich podłogach. Kuchnia miała miejsce na stół, przy którym można było usiąść naprzeciwko siebie. Marta dostała pokój z biurkiem i oknami na południe.

Kamil polubił poranki, smażył jajecznicę i nucił pod nosem. Wiesz, tutaj nawet kawa smakuje inaczej. Marta mu uwierzyła. Na parapetówkę Grażyna przyjechała z chryzantemami i czekoladkami.

Powoli obeszła mieszkanie. Przy biurku Marty zatrzymała się na chwilę. To tu będziesz siedzieć po pracy? Tylko żebyś nie zapomniała, że dom też sam się nie zrobi.

Kamil chrząknął: Mamo, Marta pracuje tak samo jak ja. Ja tylko mówię. Odparła Grażyna. Praca pracą, a domem.

Potem stanęła przy oknie i spojrzała w dół. Okolica oczywiście nie centrum, ale nic. Na początek może być. Po tej wizycie życie zrobiło się ciaśniejsze, choć mieszkanie było większe.

Rata kredytu schodziła pierwszego dnia miesiąca. Czynsz, media, internet, jedzenie, chemia domowa. Z dwunastu tysięcy pod koniec miesiąca zostawało tysiąc, czasem półtora, czasem prawie nic. Marta przestała kupować kosmetyki w drogerii, przerzuciła się na tańsze kremy z apteki.

Kamil donaszał stare dżinsy. W piątki nie zamawiali pizzy, do kina przestali chodzić. Pierwsze uwagi zaczęły się niewinnie. Pewnego wieczoru Marta wróciła ze sklepu.

W torbie był chleb, mleko, kasza, kurczak w promocji, papier toaletowy i mały słoiczek kremu za dziewiętnaście złotych. Kamil zauważył go od razu. Znowu kupiłaś krem? Stary się skończył.

Normalny, apteczny. Dziewiętnaście złotych i tak zbędny. U nas każda złotówka się liczy. Nie krzyknął.

To było najgorsze. Powiedział to takim tonem, jakby przypominał jej coś oczywistego. Kamil zaczął wypominać coraz więcej. Po co nowy szampon, skoro stoi jeszcze stary?

Dlaczego ser żółty, skoro można jeść twaróg? Dlaczego pomidory, skoro zimą drogie? Dlaczego prezent dla koleżanki, skoro życzenia też wystarczą? Marta tłumaczyła, wyjaśniała, a potem przestała.

W grudniu przyniosła do domu zestaw dla Iwony, która pomagała jej domknąć raporty. Sto dwadzieścia złotych za krem do rąk, żel pod prysznic i świecę zapachową. Na siebie nie możemy wydawać, a ty kupujesz prezenty koleżankom. Kamil, ona mi bardzo pomogła.

Możesz po prostu złożyć życzenia. Wyszedł z kuchni, zanim zdążyła odpowiedzieć. W połowie grudnia Grażyna przyszła wcześniej niż zwykle. Marta była jeszcze w szlafroku.

Grażyna bez zaproszenia przeszła do kuchni. Martuś, długo myślałam, czy ci to mówić, ale chyba trzeba. Widzę, że między wami jest napięcie. Brakuje wam pieniędzy, prawda?

Kamil zarabia więcej od ciebie. Wydajecie wspólnie, a właściwie to on oddaje więcej, a ty bierzesz stamtąd na swoje rzeczy. Co pani proponuje? Oddzielny budżet.

Każdy płaci za siebie. Uczciwie. Ty zarabiasz pięć tysięcy, Kamil siedem. Niech każdy wydaje swoje.

Wtedy nie będzie żalów. Wieczorem Kamil wyszedł z sypialni z miną człowieka, który długo układał w głowie przemówienie. Mama ma rację. Musimy coś zmienić.

Podzielmy wszystko uczciwie. Kredyt, czynsz, jedzenie, chemia. Po połowie. Każdy płaci swoją część, a to co zostaje jest prywatne.

Bez pretensji. Przecież jesteś za równym traktowaniem, prawda? Marta mogła wtedy powiedzieć wiele rzeczy. Zapytać, czy po równo będą też gotować, prać, sprzątać.

Ale zrobiła coś innego. Dobrze, powiedziała. Spróbujmy. Kamil od razu odetchnął.

Następnego dnia przyniósł laptop do kuchni i otworzył Excela. Wpisał kredyt, czynsz, media, internet, jedzenie, chemię. Wszystko po połowie. Wyszło cztery tysiące miesięcznie od każdego.

Kamilowi zostawało trzy tysiące, Marcie tysiąc. Ale ja więcej zarabiam. Wiem. Umowa.

Marta spojrzała na liczby. Wyglądały uczciwie tylko dlatego, że nie było obok nich ani jednej godziny gotowania, ani jednej ciężkiej torby z zakupami, ani jednego prania. W poniedziałek Kamil wrócił późno. Marta ugotowała makaron z parówkami, nakryła do stołu na dwie osoby.

Jadłem u mamy. Mieszka dwadzieścia minut metrem od magazynu. Zawsze gotuje więcej. Po co wydawać nasze wspólne pieniądze na kolację, skoro mogę zjeść za darmo?

Wspólne pieniądze? No tak, będzie oszczędniej. Ty gotujesz dla siebie, ja jem u mamy. Wszystkim dobrze.

Wyszedł do pokoju. Marta przełożyła jego porcję do pojemnika, wstawiła do lodówki z przyzwyczajenia. Potem usiadła i zjadła swoją. Makaron był ciepły, ale bez smaku.

We wtorek znowu wrócił po dziewiątej. Byłem u mamy, upiekła placek z kapustą. Świetny. W środę, czwartek, piątek wyglądało tak samo.

Wracał najedzony, opowiadał o gołąbkach, pieczeni, naleśnikach z serem. Marta jadła sama. Raz kaszę, raz ryż, raz makaron. Kupowała proste rzeczy i zaczęła odkładać paragony.

Najpierw odruchowo, jak księgowa, potem celowo. W piątek wieczorem usiadła przy stole z kalkulatorem i notesem. Chleb, mleko, jajka, kasza, warzywa, papier toaletowy, proszek, płyn do naczyń, mydło. Kamil wszedł do kuchni, zajrzał jej przez ramię.

Co robisz? Liczę wydatki, żeby wiedzieć, ile wydaję. Prychnął. Uważaj, żeby nie przesadzić.

Mamy teraz oddzielny budżet. Wiem. Wyszedł. Marta patrzyła na kartkę.

Kamil używał tego papieru toaletowego. Prał w tym proszku swoje koszule. Mył ręce mydłem z łazienki. Jadł śniadania z chleba, który ona przynosiła.

Spał w pościeli, którą ona prała. Korzystał z internetu, za który płacili po połowie. Tylko kolację jadł u mamy, więc uważał, że oszczędza. Sobota minęła cicho.

Kamil spał do południa, potem siedział w salonie z telefonem. Marta zrobiła pranie, umyła łazienkę, wyprasowała jego koszule. Po południu oglądał mecz i co chwilę wołał: Marta, gdzie jest pilot? Marta, mamy coś słonego?

Przy okazji okruszki sypały się na dywan, który odkurzyła godzinę wcześniej. Wieczorem zadzwoniła Grażyna. Po chwili Kamil wrócił do kuchni w innym nastroju. Idę do mamy.

Piecze kaczkę z jabłkami. Marta stała przy czajniku. Nie zapytał, czy jadła. Nie zapytał, czy chce iść z nim.

Przy drzwiach rzucił tylko: Nie czekaj z kolacją. Nie będę, powiedziała cicho. Drzwi zamknęły się zwyczajnie, bez trzasku. I właśnie przez to zabolało mocniej.

W niedzielę Marta wstała wcześnie. Kamil jeszcze spał. Usiadła przy stole z notesem, tym razem pisała spokojnie, równo, swoim księgowym pismem. Kredyt, czynsz, media, internet.

Jedzenie dla dwojga wychodziło osiemset złotych tygodniowo, ale Kamil jadł kolację u matki pięć dni z siedmiu. Odjęła te posiłki. Jego udział w jedzeniu policzyła na dwieście złotych. Chemia domowa, proszek, papier toaletowy, mydło.

Sto czterdzieści złotych tygodniowo, połowa siedemdziesiąt. Zsumowała wszystko. Dwa tysiące siedemset dziesięć złotych. Tyle według zasad Kamila był jej winien za jeden tydzień wspólnego życia.

Zostawiła puste miejsce na sobotni wieczór, kiedy siedziała sama, a on jadł kaczkę u matki. W poniedziałek Kamil wrócił późno. W przedpokoju otrzepał buty ze śniegu. Opłaciłaś wszystko?

Tak. Dobra robota. Przeleję ci swoją połowę jutro. Trzymała ścierkę, złożyła ją równo.

Dobrze. Nie przelał. We wtorek też nie. W środę nie.

W czwartek Kamil zapytał tylko, czy jest musztarda. W piątek wieczorem wydrukowała dokument. Złożyła go na trzy, równo, starannie, jak pismo do urzędu. W domu włożyła go do białej koperty i schowała do szuflady.

Zamknęła na klucz. Minął tydzień. Siedem dni, przez które Kamil ani razu nie przypomniał sobie o swojej połowie. Przychodził, spał, brał prysznic, ładował telefon, wyciągał czysty ręcznik, jadł śniadania z ich wspólnych zakupów.

Wieczorami jechał do matki i wracał najedzony. A Marta płaciła. Nie robił tego z miną złodzieja. Robił to normalnie, jak ktoś, kto od lat nie sprawdza, skąd biorą się rzeczy w domu.

W poniedziałek Marta siedziała w biurze. Koleżanka Iwona położyła przed nią pasztecik na serwetce. Jakaś blada jesteś. Wszystko dobrze.

Po prostu zmęczona. Wieczorem wróciła do domu, odgrzała kaszę z jajkiem, zjadła samotnie przy oknie. Kamil przyszedł przed jedenastą. Mama robiła pieczeń z ziemniakami.

Przejadłem się. Nie zapytał, czy ona jadła. Poszedł spać. Marta leżała na kanapie pod kocem i w ciemności liczyła nie owce, tylko kwoty.

We wtorek była kontrola z centrali. Marta siedziała w biurze do ósmej wieczorem. Wróciła zmęczona. Kamil jadł jabłko w kuchni.

Byłeś u mamy? Aha. Lepiła pierogi. Pomagałem.

Marta otworzyła lodówkę. Było prawie pusto. Zapomniała kupić produkty. Kamil zapytał, czy zrobić jajecznicę.

Nie trzeba. Wypiję kefir. W nocy leżała z otwartymi oczami. W środę wstała wcześniej niż zwykle.

W pracy otworzyła nowy plik. Nazwała go rozliczenie budżetu rodzinnego. Wpisała wszystko. Kredyt, czynsz, media, internet, jedzenie.

Odjęła kolacje u matki, bo nie jadł ich w domu, więc nie powinien za nie płacić. Chciała być uczciwa. Zsumowała. Dwa tysiące siedemset dziesięć złotych.

Na dole dopisała: Codziennie korzystasz z mieszkania, wody, prądu, internetu, środków czystości. Śpisz w pościeli pranej wspólnym proszkiem. Proszę o uregulowanie kwoty. Przecież chciałeś uczciwie, prawda?

Wydrukowała dokument. Drukarka zacięła się na chwilę. Nawet ona protestowała przed rodzinnym rozliczeniem. W piątek Marta poszła z koleżankami do kawiarni.

Iwona opowiadała o swojej teściowej, która dawała nieproszone rady. Sylwia narzekała na męża, który zapominał o rocznicy, ale pamiętał datę przeglądu samochodu. Marta opowiedziała krótko o oddzielnym budżecie i kolacjach u matki. Nie płakała, nie podnosiła głosu.

Właśnie ten spokój zrobił na koleżankach największe wrażenie. On mieszka w mieszkaniu, korzysta ze wszystkiego i nie płaci? Na razie nie płaci. Obiecał, ale zapomniał.

A ty milczysz? Nie milczę. Coś przygotowałam. Tylko pamiętaj, Marta, nie chodzi o to, żeby go zniszczyć.

Chodzi o to, żeby wreszcie zobaczył, co robi. W sobotę poszli na spacer. Śnieg był ubity, w parku dzieci ciągnęły sanki. Kamil był w dobrym nastroju, opowiadał o pracy, o planach na lato.

Kupił im gorącą czekoladę w kawiarni przy parku. Dwie czekolady za dwadzieścia parę złotych przyszły mu łatwo. Połowa kredytu jakoś nie mogła znaleźć drogi z jego konta. Wieczorem znowu pojechał do matki.

W niedzielę obudziła się późno. Kamil siedział w kuchni w pogniecionej koszulce, przeglądał telefon. Marta nalała sobie herbaty. Kamil, pamiętasz, że dwa tygodnie temu wprowadziliśmy oddzielny budżet?

Oczywiście. Pamiętasz, że miałeś przelewać swoją połowę wydatków? Mrugnął. No tak, zamierzałem.

Jakoś zapominałem. Zaraz przeleję. Najpierw to przeczytaj. Marta położyła przed nim białą kopertę.

Kamil rozerwał ją, wyjął kartkę, zaczął czytać. Najpierw miał na twarzy lekkie rozbawienie, jakby spodziewał się żartu. Potem zmarszczył brwi. Potem przestał się poruszać.

Na kartce było rozliczenie za pierwszy tydzień. Kredyt, czynsz, internet, jedzenie, chemia. Razem dwa tysiące siedemset dziesięć złotych. Na dole: Przecież chciałeś uczciwie, prawda?

Martuś, ty mówisz serio? Całkowicie. To ty zaproponowałeś oddzielny budżet. Każdy za siebie, uczciwie i sprawiedliwie.

Ale dwa tysiące siedemset dziesięć? To więcej niż jedna trzecia mojej pensji. I co z tego? To twoja połowa wydatków za tydzień.

Jeśli pomnożyć przez cztery, wychodzi dziesięć tysięcy osiemset czterdzieści. Ale oszczędzasz, bo kolacje jesz u mamy. Dlatego wyszło mniej. Kamil usiadł ciężko na krześle.

Myślałem, że to będzie prostsze. Że każdy będzie wydawać na siebie. Tak właśnie robimy. Tylko że cała reszta też istnieje.

Kredyt nie spłaci się sam. Czynsz nie zniknie dlatego, że zjadłeś pierogi u mamy. To nie są moje fanaberie. To jest dom.

Kamil wstał, przeszedł po kuchni, stanął przy oknie. Odjęłaś mi kolację u mamy? Tak. Odjęłam.

Mogłam nie odejmować, ale nie jadłeś ich w domu, więc nie powinieneś za nie płacić. Chciałam być uczciwa. Ty naprawdę mówisz do mnie w ten sposób? Marta wzięła swoją filiżankę, umyła ją gąbką, wytarła ścierką i odstawiła na półkę.

Też uczciwie, powiedziała spokojnie. Ja swoją część od dawna płacę. Teraz czekam na twoją. Masz czas do końca tygodnia.

Kamil siedział przy stole, przekręcał obrączkę na palcu. Ty naprawdę chcesz, żebym ci zapłacił? Chcę, żebyś zrobił to, co sam zaproponowałeś. Oddzielny budżet.

Sprawiedliwość. Ale przecież jesteśmy rodziną. Właśnie. Jesteśmy rodziną.

Tylko że ty zdecydowałeś, że dzielimy wydatki po połowie. Więc dzielę. Równo, tak jak chciałeś. Marta wstała, wyszła z kuchni i zamknęła drzwi bez trzaskania.

To ciche kliknięcie zabrzmiało gorzej niż trzask. Było spokojne. Ostateczne na ten wieczór. Po dwudziestu minutach drzwi się uchyliły.

Kamil wszedł ostrożnie, w ręku trzymał kartkę. Martuś, zaczął. Porozmawiajmy. O czym?

O tym. Poruszył kartką, ale zaraz opuścił rękę. Nie chodzi tylko o rachunki. O czym?

Kamil usiadł na fotelu naprzeciwko. Nie myślałem, że tak to wyjdzie. Jak wyszło? Uczciwie.

Spuścił wzrok. To nie to miałem na myśli. A co miałeś na myśli? Kamil westchnął, przetarł twarz dłonią.

Myślałem, że będzie prościej. Że każdy będzie miał swoje pieniądze i nie będzie pytań. Jakich pytań? No takich.

Ile wydałeś, na co, czy potrzebnie. Marta patrzyła na niego uważnie. Czyli chciałeś osobnego budżetu nie dlatego, że było niesprawiedliwie. Tylko dlatego, że nie chciałeś się tłumaczyć.

Kamil nie odpowiedział. To milczenie było odpowiedzią. A ja miałam się tłumaczyć przed tobą z każdego zakupu, a jednocześnie dalej płacić za pół domu? Nie mieszajmy w to mamy.

Ona sama się wmieszała. I ty jej na to pozwoliłeś. Kamil długo patrzył na kartkę. Daj mi do jutra.

Przeleję część od razu, resztę po wypłacie. Marta patrzyła na niego bez słowa. I musimy porozmawiać o tym, co powiedziałem przy mamie. To był mały moment, ale Marta go usłyszała.

Tak, odpowiedziała. Musimy. W poniedziałek wieczorem na jej telefonie pojawiło się powiadomienie z banku. Dwa tysiące siedemset dziesięć złotych.

Tytuł przelewu był prosty. Moja część. Przepraszam. Marta nie rozpłakała się.

Po prostu przez chwilę patrzyła na ekran, tak jak człowiek patrzy na drzwi, które długo były zamknięte, a teraz ktoś po drugiej stronie wreszcie przekręcił klucz. Dziękuję. Nie ma za co. Przecież to uczciwe, prawda?

We wtorek Marta wróciła do domu o zwykłej porze. W kuchni siedział Kamil. Przed nim leżał paragon zagięty na pół. W lodówce było pełno.

Kurczak, pomidory, mleko, ser, jajka. Chleb leżał na blacie, obok płyn do naczyń i papier toaletowy. To ty kupiłeś? Tak, wstąpiłem po drodze.

Trzeba przecież coś jeść. Nie pojechałeś do mamy? Nie. Pomyślałem, że zjem kolację w domu, jeśli nie masz nic przeciwko.

Dlaczego miałabym mieć? Kamil westchnął. Dużo myślałem. Zrozumiałem, że nie miałem racji.

W czym dokładnie? W tym, że posłuchałem mamy, a nie ciebie. W tym, że nie policzyłem, co to znaczy dla nas obojga. Jadłem u mamy, mieszkałem tutaj, korzystałem ze wszystkiego, a ty kupowałaś, opłacałaś, uzupełniałaś i jeszcze słuchałaś, że za dużo wydajesz.

Najbardziej przykre nie było to, że zaproponowałeś oddzielny budżet. Przykre było to, że nawet nie spróbowałeś policzyć. Uznałeś, że skoro mama powiedziała, że cię rujnuję, to pewnie tak jest. Wiem.

Przepraszam. Byłem samolubny i głupi. A dalej? Wróćmy do wspólnego budżetu.

Tylko mądrzej. Żebyśmy oboje wiedzieli, co płacimy, ile zostaje, na co odkładamy. A mama? Kamil nie odpowiedział od razu.

Porozmawiam z nią. Powiem, żeby się nie wtrącała. Jesteś pewien? Nie wiem, czy od razu dobrze, ale muszę spróbować.

Dobrze. Zobaczymy. Ale jeśli twoja mama znowu zacznie mówić, że cię rujnuję, nie będę siedziała jak dawniej przy stole i patrzyła w talerz. Odpowiem.

A ty będziesz musiał wybrać, po której stronie stoisz. Wybiorę ciebie. W piątek wieczorem zadzwoniła Grażyna. Kamil spojrzał na Martę i włączył głośnik.

Kamil, przestałeś przyjeżdżać. Gotuję, czekam. Mamo, jestem żonatym mężczyzną. Moje miejsce jest w domu.

A ona? Ona cię wykorzystuje. Ona cię rujnuje. Marta zamarła.

To zdanie znała z opowieści, ale usłyszeć je na własne uszy było czymś innym. Kamil spojrzał na Martę, potem na telefon. Mamo, Marta nikogo nie rujnuje. Ona pracuje, zarabia i płaci.

Żyjemy razem, więc wspólnie płacimy za dom. Jesteś pod pantoflem. Dość, mamo. Jestem dorosły.

Sam podejmuję decyzje. Zdecydowałem, że będę żył z żoną, a nie codziennie jeździł do ciebie na kolację. Czy mnie porzucasz? Nie.

Możemy widywać się w weekendy. Mogę zadzwonić, pomóc, przyjechać, kiedy trzeba. Ale nie będę udawał, że jestem dalej chłopakiem z twojej kuchni. Po drugiej stronie zapadła cisza.

Dobrze, żyj jak chcesz. Tylko potem nie przychodź się skarżyć. Nie przyjdę. Rozłączyła się.

Kamil odłożył telefon. Poradziłeś sobie. Dziękuję, że tym razem nie zostawiłeś mnie samej z jej słowami. Grażyna milczała przez kilka dni.

Kamil sprawdzał telefon i udawał, że nic się nie stało. W sobotę wieczorem zadzwoniła sama. Głos miała chłodny, ale już bez dawnej ostrości. Kamil, jak się masz?

Dobrze, mamo. Upiekłam ciasto. Może wpadniecie jutro? Kamil spojrzał na Martę pytająco.

Marta po chwili skinęła głową. Wpadniemy. Wpadniemy razem.