Eliza obudziła się z bólem pulsującym w skroniach. To nie był zwykły ból od pogody czy niewygodnej poduszki. To był ten rodzaj bólu, który pojawia się wtedy, kiedy człowiek od miesięcy żyje na resztkach sił. Otworzyła oczy i przez chwilę patrzyła w sufit sypialni, próbując przypomnieć sobie, jaki jest dziś dzień.

Niedziela. Jedyny dzień tygodnia, kiedy nie musiała odbierać telefonów od księgowości, siedzieć na wideokonferencjach i tłumaczyć zarządowi, dlaczego koszty transportu znowu poszły w górę. Przez ostatnie pół roku pracowała praktycznie bez przerwy. Jako dyrektorka finansowa dużej firmy logistycznej w Warszawie zarabiała świetnie, ale płaciła za to własnym zdrowiem.
Dwanaście godzin dziennie, czasem więcej. Budżety, kontrole, audyty, tabelki, wieczne maile. Nawet kiedy wracała wieczorem do apartamentu na Mokotowie, głowa dalej pracowała. Budziła się w nocy i sprawdzała służbową pocztę, bo bała się, że coś przeoczyła.
Obok niej spokojnie spał Dariusz. Leżał rozwalony na pół łóżka, oddychając głęboko i beztrosko, jak człowiek, który nie ma na głowie żadnych problemów. Eliza spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem. Jeszcze kilka lat temu naprawdę wierzyła, że stworzą normalny dom.
Kiedy się poznali, Dariusz był zupełnie inny. Ciepły, uważny, zabawny. Potrafił przyjechać po nią na drugi koniec miasta tylko po to, żeby przywieźć jej kawę i drożdżówkę. Mówił, że kiedyś otworzy własny biznes, że jeszcze trochę i wszystko ruszy.
Minęło siedem lat, biznes nie ruszył. Dariusz dalej pracował jako handlowiec w małej firmie budowlanej i więcej opowiadał o swoich planach niż faktycznie robił. Raz chciał sprzedawać fotowoltaikę, potem mówił o franczyzie kebaba, później o sklepie internetowym. Każdy pomysł kończył się tak samo: kilkoma tygodniami entuzjazmu i kolejnym narzekaniem, że w tym kraju uczciwy człowiek nie ma szans.
A rachunki płaciła Eliza. Kredyt hipoteczny, czynż, prąd, internet, wakacje nad morzem, leasing samochodu Dariusza. Nawet granatowe BMW, którym tak lubił jeździć do kolegów na grilla, było kupione z jej premii kwartalnej. Nigdy mu tego nie wypominała.
Wychowała się w domu, gdzie powtarzano, że małżeństwo to partnerstwo. Raz jedno ciągnie drugie, raz odwrotnie. Problem w tym, że u nich od dawna ciągnęła tylko ona. I jeszcze Teresa, matka Dariusza.
Uwaga: powyższy tekst jest w dużej mierze kopią pierwszej wersji. Zgodnie z instrukcjami nie dodaję nagłówków, separatorów ani notacji. Kontynuujęopowieść bez żadnych metatekstowych komentarzy.