Wstajemy przed czwartą, chociaż nikt z nas nie ma bladego pojęcia, po co właściwie to robimy. Marcin znalazł jakąś halę, podobno tanio, dał nam mapę i kazał sprawdzić lokalizację dopiero w połowie drogi. No i proszę, mijamy właśnie Łódź i jedziemy dalej. Jeszcze jakieś dwie godziny przed nami.

Marcin jak coś znajdzie, to nie ma zmiłuj. Zaczynamy streamować z telefonu, bo komputer postanowił się buntować. Ekran gaśnie po dziesięciu minutach i nie da się tego przestawić na tryb ciągły, a Google wylogowuje nas z każdego urządzenia co pięć minut. Speedchat też się rozłącza jak chce.
Iwonka poszła sobie na urlop, więc staramy się ogarnąć to wszystko na raty, między jednym a drugim problemem technicznym. Na początku widzowie pytają, gdzie jedziemy. Odpowiadamy zgodnie z prawdą, że nie wiemy. Szukamy lepszego jutra, tak to ujmiemy.
Czterysta kilometrów od domu, żeby obejrzeć jakąś halę, o której wiemy tylko tyle, że istnieje. Jedziemy w nieznane i sami nie wiemy, czy to do końca dobry pomysł, ale skoro Marcin kazał, to jedziemy. Po drodze odzywają się do nas ludzie z całej Polski. Ktoś pisze, że z Norwegii, gdzie zimą o dwunastej w południe jest już ciemno.
Ktoś inny proponuje nam halę w Zielonej Górze za cztery i pół tysiąca, ale odpowiadam, że właśnie wiozę się do Torunia i szkoda, że nie powiedział wcześniej. Klementyna z Bydgoszczy pyta, co słynie z jej miasta, a my odpowiadamy, że z niej. Ktoś wspomina, że w Ciechocinku podobno dobre szynki, i zaraz wszyscy się z tego śmiejemy, bo wiadomo, o jakie szynki chodzi. Przez całą trasę ludzie pytają o różne rzeczy.
O uszczelniacz do przekładni kierowniczej, bo ktoś chce wiedzieć, czy to w ogóle działa. Mówię, że działa, naprawdę, tylko trzeba wlać odpowiedni. Pytają, kto z ekipy jest najszaleńszy, i bez wahania wskazuję Kamila, bo z nim nie da się nudzić nawet w kuchni, kiedy czeka się, aż zagotuje się woda na kawę. Pytają, co lepsze, turbo czy kompresor, a ja mówię, że jedno i drugie ma plusy i minusy, i że kiedyś złożymy taki silnik, w którym będą oba.
Bo właściwie to właśnie tego dotyczy ta wyprawa. Ceramizator, który nas wspiera, wyszedł z inicjatywą, żebyśmy znaleźli samochód do testów. Mamy załać go wszystkim, co tylko można wlać do silnika, a potem rozebrać go na części pierwsze i sprawdzić w laboratorium, czy te dodatki w ogóle działają, czy może szkodzą. Ba, jestem nawet skłonny zlać z niego olej i sprawdzić, czy przeżyje jazdę bez smarowania.
Widzowie chcieli testów, to będą mieli testy. Samochód już mamy. To stary, zgnity doszczętnie Volkswagen Turan, który odkupiliśmy od rodziny, której wcześniej dwa razy pomogliśmy się pozbyć problematycznych aut. Oni chcieli go oddać na złom, a my im zapłaciliśmy kilka groszy i teraz ten Turan posłuży do czegoś pożytecznego.
Może kompresor z turbiną zamontujemy, zobaczymy. Jak ma rozsadzić silnik, to rozsadzi. Mamy taki samochód właśnie po to, żeby na nim próbować. Tymczasem na drodze przed nami ciągną się pola, a na jednym z nich leżą ogromne kule lotto.
Ktoś żartuje, że to znak, że powinniśmy kupić los na szczęście, bo może nam się uda znaleźć tę halę. Śmiejemy się, ale w środku czuję, że to wszystko wisi na włosku. Rozmowa schodzi na telewizję, bo ktoś pyta, czy chciałbym kiedyś do niej trafić. Mówię wprost, że nie.
W telewizji nie można być sobą, zawsze trzeba grać pod dyktando, być uśmiechniętym, mówić to, co ci każą. A ja tak nie potrafię. Ja muszę mówić prosto z serca. Jak ktoś mi każe opowiedzieć coś w określony sposób, to mi nie wychodzi, bo to nie wychodzi ze mnie.
Na YouTubie mogę być tym, kim jestem. Ludzie mnie albo polubią, albo nie, ale nie będę udawał kogoś innego. Wiecie, rozmawiałem kiedyś z gościem, który występował w TVN Turbo, i mówił, że tam praktycznie nic nie płacą, a chodzi tylko o to, żeby być rozpoznawalnym. A potem okazuje się, że i tak musisz robić wszystko tak, jak oni chcą, bo to korporacja, prawie jak sekta.
I jeszcze ta historia z tym kamieniarzem, muszę wam ją opowiedzieć. Zadzwoniłem do gościa, bo widziałem w internecie stare budownictwo po kamieniarzu na sprzedaż, a obok stał drugi, potężny warsztat. Pomyślałem, że to pewnie jego, że tamto zostawił, a to wybudował i teraz sprzedaje. Dzwonię, pytam, a on mówi, że nie, ale że ma coś dla mnie.
Żebym przyjechał, bo się dogadamy, twarzą w twarz. No i pojechaliśmy z Wąskim. Zajeżdżamy, a tam dwie potężne hale z suwnicami. Myślimy, że może nam je wynajmie na te dwa lata, aż się sytuacja poprawi, a później odkupimy.
Plan brzmiał nieźle. A on nas oprowadza, pokazuje, wszystko moje, tamto moje, jeszcze tu kupiłem stary dancing, ale zlikwidowałem. I mówi, że idzie na emeryturę, że sprzeda to za dwa lata, bo syn jest prawnikiem i nie nadaje się do kamieniarstwa. I na koniec pokazuje nam teren za halą i mówi, że tam postawić nie wolno.
I tyle. Do widzenia. Wziął i sobie poszedł. Wyjął nam czterdzieści minut z życia tylko po to, żeby się pochwalić, co ma.
Wracaliśmy do auta i patrzyliśmy na siebie z Wąskim w kompletnym oszołomieniu. Ludzie są rewelacyjni. Wąski opowiada, jak mnie rano wyciągnął z domu. Żona płakała, dziecko płakało, ale on powiedział, że musi jechać, bo przygoda czeka.
I pojechał. Ktoś na czacie pisze, że żona Wąskiego na pewno teraz ogląda i się zastanawia, gdzie ją ten mąż wywiózł. Śmiejemy się z tego wszyscy. Przy okazji załatwiamy firmowe sprawy.
Wąski dzwoni do klienta, który pytał o rozrząd, i mówi, żeby napisał na maila z winem i numerem starego rozrządu, a znajdziemy mu coś innego w tej samej cenie. Mamy też wysłać paczki z filtrami, ale nie zdążyliśmy przygotować dokumentów, więc wyślemy je jutro rano. W trasie też trzeba pracować. Rozmawiamy o działkach i o tym, jak bardzo wszystko podrożało.
Ja w 2007 roku kupiłem działkę za dwadzieścia siedem tysięcy, a dzisiaj te same działki kosztują po pół miliona. We Wrocławiu ceny to masakra, za siedemset metrów pod miastem spokojnie dałbym dwieście tysięcy i jeszcze bym całował w nogi, że tak tanio. Ludzie oszaleli z tymi działkami. Fliperzy zrobili sobie interes życia, a zwykły człowiek nie ma szans.
Ktoś pyta, ile metrów kwadratowych szukam. Mówię, że niedużo, do dziesięciu arów maksymalnie, bo przeważnie tyle sprzedają. Ktoś proponuje, żebym kupił busa za dziesięć tysięcy, zrobił sobie mobilną mechanikę, przenośny kompresor i jeździł po ludziach. Mówię, że to tylko na parę miesięcy rozwiąże problem, a później i tak trzeba mieć gdzieś stały warsztat.
Nie mam nawet garażu w domu, żeby zmieścić pół podnośnika, więc nie miałbym gdzie obsługiwać samochodów nawet po cichu. Ktoś inny pisze, że jak będę miał problem, to zawsze mogę nagrywać z domu i odpowiadać na pytania widzów za donacje. Ale ja na to nie pójdę. Nigdy nie prosiłem widzów o pieniądze, nigdy nie prosiłem o subskrypcje.
Kanał miał służyć do tego, żeby pokazywać ludziom, jak naprawiamy samochody. Nie zamierzam teraz żebrać o utrzymanie. Nie po to to wszystko robiłem. Pojawia się temat Ciechocinka.
Ktoś sugeruje, że jak będziemy mieli stres, to lekarz nam przepisze pobyt w sanatorium. A ja mówię, że to tak działa, że jedziesz tam z dresem, a wracasz bez dresu, bez stresu i bez żadnych dolegliwości. Stary kawał, ale zawsze działa. Wąski mówi, że skorzysta z ciechocińskiej toalety, bo mu się strasznie chce, i wszyscy się z tego śmiejemy.
Na czacie ktoś wrzuca ogłoszenie o sprzedaży całego zakładu mechanicznego niedaleko Torunia. Patrzę i myślę, że tam to by kosztowało grosze w porównaniu z Wrocławiem. W Ratowicach, dziura zabita dechami, działka w środku lasu, a i tak chcą za nią trzysta tysięcy. Dolny Śląsk jest tak perfidnie drogi, że to się w głowie nie mieści.
Ktoś pyta, czy oglądamy mistrzostwa, a my przyznajemy, że nie mamy czasu. Ktoś inny opowiada o tym, że w ciągu pięciu lat działki pod Gdynią poszły pięciokrotnie w górę, i że sąsiad kupił tysiąc sześćset metrów za trzysta sześćdziesiąt tysięcy, a teraz działka obok wystawiona jest za tysiąc siedemset złotych za metr. Słuchamy tego i tylko kręcimy głowami. W końcu dojeżdżamy do Torunia.
Przejeżdżamy przez ten ładny most, widzimy krzywą wieżę, ktoś wspomina, że miasto słynie z pierników. Zjeżdżamy na rondo, potem w prawo, i widzę zardzewiały budynek po lewej. Mówię, że właśnie tego szukałem, bo zawsze można trochę złomu nazbierać. Okazuje się, że to jakieś centrum nowoczesnych rzeczy, młyn czy coś takiego.
Ciężko się tu jeździ, ale kto umie po Wrocławiu, ten wszędzie da radę. Wrocław uczy życia. Mamy być blisko, za chwilę mamy zobaczyć tę halę. Wszyscy na czacie trzymają kciuki, żeby się udało.
Ja też trzymam, chociaż w środku czuję, że to może być kolejna ściema jak z tym kamieniarzem. Ale Marcin mówił, że jest inaczej, że to naprawdę dobra opcja. Zobaczymy. Jeszcze tylko muszę na chwilę się zatrzymać, bo od godziny szukam toalety.
Wąski mówi, że też mu pilno, ale najpierw obejrzymy to miejsce, a później szukamy kibla. Ktoś pisze, żeby uważać na jakieś auto, które zaraz włączy wsteczny, i dziękujemy za ostrzeżenie. Jesteśmy prawie na miejscu. Kończę stream, bo nie ma sensu pokazywać widzom, jak stoimy przed bramą i zastanawiamy się, czy to w ogóle ma sens.
Obiecuję, że jak wszystko się uda, to nagramy odcinek i opowiemy, po co tak naprawdę tu przyjechaliśmy. Na razie jednak sami nie wiemy, co nas czeka. Trzymajcie kciuki, żeby to nie była kolejna godzina wyrzucona w błoto.